Jeremiasz Szczygielski

Za każdy cios, który wziąłem na klatę. Za każdą bliznę, którą widzę w lustrze. Za każdy błąd pewnie trochę zapłacę. Ale pomyśleć o tym przyjdzie później. Przykre w ku**ę.
*
Drogi Jeremiaszu,
choć wolę napisać: ej, Jeremi;
długo zastanawiałem się, czy powinienem napisać do Ciebie ten list, nakreślić portret wchodzącego w dorosłość nastolatka, który - gdybyś dostał dwanaście lat temu - mógłby zmienić całe twoje życie, wyznaczyć kompletnie odmienną ścieżkę od tej, którą obrałeś. Jest we mnie część, wielka część, która jest przerażona, przelewając nagromadzone przez lata uczucia na papier.
Miałeś osiemnaście lat, gdy po raz pierwszy na ognisku organizowanym w letnią, sobotnią noc zapaliłeś skręta. Zaczęło się niewinnie. Ty i kilku kumpli, żadna z dziewczyn nie chciała spróbować. Popijając jabłkowe Reddsy, zostawiły was godzinę później, nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego wszystko was śmieszy. Ty też nie rozumiałeś, ale każde słowo, każdy ruch któregokolwiek z twoich ziomków, wywoływał salwy śmiechu. Powtarzaliście to każdej soboty do końca wakacji, a później kontynuując przez klasę maturalną. Czas zwalniał z kolejnym buchem, minuty stawały się wiecznością. Lataliście wysoko, jakby grawitacja wyrzucała was w powietrze. Odwiedzaliście chmury, myśląc o podróżach w gwiazdach. Przesiąknięci magią zapachu, biegliście w obcą rzeczywistość.
Pokusy czyhały na każdym kroku. W ciągu najdłuższych wakacji waszego życia, tych po maturze, spróbowaliście po raz pierwszy amfy. Kreska. Jedna, druga, trzecia. Odlot. Wasze drogi rozeszły się. Każdy wybrał inne miasto, niektórzy zostali w Ostrowie. Ty dostałeś się na Politechnikę Wrocławską, ojciec pękał z dumy, matka roniła łzy szczęścia. Wygrywane przez lata olimpiady matematyczne, nauczyciele mówiący, że jesteś jedynym, który będzie stał tam, gdzie nikt jeszcze nie stał. Twoja przyszłość była od dziecka spisana wielkimi literami prowadzącymi do wielkich czynów. Miałeś przejąć rodzinny biznes, jako jedyny syn Antoniego Szczygielskiego, być architektem, odpowiadać za największe projekty, iść w ślady ojca.
W zamian zapalałeś skręta i opierałeś głowę na oparciu sofy, każdy mięsień w twoim ciele rozluźniał się, napięcie znikało. Uzależniłeś się od niej, mówiąc wszystkim, że to nic poważnego, że to relacja czysto platoniczna i skończysz, gdy tylko przyjdzie na to pora. Przyjaźń z chłopakami z politechniki, którzy podzielali twoje zdanie, stawała się powoli ważniejsza od wieloletniej dziewczyny, rodziców, studiów. Mówili, że nie potrafisz bez niej istnieć - śmiałeś się w głos i usypywałeś białą ścieżkę. Mówili, że zabierze ci wszystko - zwijałeś w rulonik banknot stuzłotowy i nachylałeś się nad stolikiem. Mówili, że stamtąd dokąd zmierzasz ciężko wrócić - wciągałeś biały proszek, a wszystko przestawało mieć znaczenie. Liczyło się tu i teraz. Otwierałeś drzwi do kolorowego świata, bez jojczącej nad uchem brunetki, bez problemów, bez zapłakanych oczu matki. Byłeś tam sam. Sam na sam z nią, w oddale słysząc odgłosy imprezy - kumpli na takim samym haju i małolaty przyprowadzone do mieszkania, kupionego ci przez ojca przy Teatrze Lalek na wrocławskim rynku, prosto z najbardziej popularnego studenckiego klubu znajdującego się na Grunwaldzie - Alibi.
Zasypiałeś. A później budziłeś się obok niej w łóżku.
Zasypiałeś. A później budziłeś się obok niej w łóżku.
Zasypiałeś. Tysiące razy powtarzając te same czynności, słysząc te same słowa.
Zasypiałeś. By w końcu obudzić się w pustym łóżku. A kilka miesięcy później sięgnąć dna.
Zostałeś sam, kumple obudzili się w porę, gdy ty wciąż spałeś. Nowi, których znałeś, bo chodziliście do tego samego dilera, chcieli tylko tego, co mogli kupić za twoją kasę. Kolejnej działki, mety do przekimania kilku dni. Brunetka, która była dla ciebie wszystkim, patrzyła już jedynie ze zdjęć w ramkach porozstawianych w sypialni. Na uczelni ignorowała cię, na ulicy przechodziła na drugą stronę. Kolejne kreski coraz gorszej koki pomagały ci o niej zapomnieć.
Aż w końcu się obudziłeś, gdy zobaczyłeś, że wszyscy pozbierali swoje życia, ruszyli do przodu. Gdy kumple z liceum, z którymi paliłeś pierwszego skręta zakładali rodziny, a brunetka znalazła kogoś, kto kochał ją na tyle, by dać jej poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Najbardziej jednak bolał telefon do matki z prośbą o pomoc, bo tylko ona jeszcze nie odpuściła sobie własnego syna, i jej pytanie, które padło w samochodzie, w drodze do poznańskiego ośrodka zajmującego się leczeniem uzależnień: dlaczego? Nie potrafiłeś na nie odpowiedzieć. Przez dziewięćdziesiąt pięć kolejnych dni, od maja do końca lipca roku dwutysięcznego czternastego, każdego dnia modliłeś się do Boga o zakończenie twojego cierpienia. Delirium było nie do wytrzymania. Pragnąłeś kolejnej dawki, ulgi w cierpieniu. Nie dostałeś niczego. Przetrwałeś…
Jeremi, dzisiaj mija prawie pięć lat od dnia, kiedy przestałeś brać. Pięć lat od momentu, w którym uderzyłeś o dno, a później powoli z niego podniosłeś. Rozprawiłeś się z uzależnieniem mówiąc, że miało cię zbawić, a nie prawie zabić. Nigdy nie pożegnałeś się z Wrocławiem, nigdy nie pożegnałeś się z brunetką, pozwalając jej odejść. Po wyjściu z ośrodka spakowałeś dwie walizki, ucałowałeś policzek mamy i uścisnąłeś dłoń ojca, by na Okęciu wsiąść w samolot LOTu z biletem w jedną stronę do Nowego Jorku. Pięć lat od kiedy przekroczyłeś próg firmy Stevena Holl’a, by chwilę później stać się jego najbardziej utalentowanym pracownikiem młodego pokolenia. Architektura od zawsze płynęła w twoich żyłach, wyssałeś ją z mlekiem matki. Uciekłeś od życia, które prawie cię pokonało, od ślepej miłości jasnych odczuć, nie chcąc słuchać już więcej odgłosu jej kroków.
Jeremiasz - twoja starsza wersja, lat 30
*
Jeremiasz istniał już lata świetlne temu na innym blogu. Udało nam się wtedy wyjść z nałogu, ale nie dane nam było zostać ze sobą dłużej i stanąć na nogi po odwyku. Jesteśmy teraz tu, nie mamy powiązań - spróbujemy zaprzyjaźnić się z waszymi postaciami; macie pomysły - zapraszamy. Znacie mnie, dramy mile widziane.
Karta sponsorowana przez: Westona Bouchera, Flexxip, Bonsona, OSTR, Rosheen i Atramentową.
Kontakt: yummuska@gmail.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz